Leżałem w tym pasie ziemi niczyjej pomiędzy plażą, a wydmami gdzie w tajemniczy sojusz piasku wdzierała się klinem słomkowa nadmorska trawa kołysana wiejącą od morza chłodną bryzą.
Do lata było jeszcze bardzo daleko, ale Słońce odważne, jak na tą porę roku, bilansowało chłód wiatru.
Bałtyk to dla mnie przede wszystkim szum i bezczas, magiczna kraina w której nie gonią mnie żadne terminy i która hipnotyzuje miarowym szumem nie pozwalając zbyt natarczywym myślom kłóć mojej głowy. Dziś wszystkiego miałem pod dostatkiem. Nawet piskliwe nawoływania mew nie były w stanie mnie zirytować, zresztą mewy chyba nigdy nie irytowały, były naturalną częścią tego wizualno-werbalnego krajobrazu.
Bałtyk to dla mnie przede wszystkim szum i bezczas, magiczna kraina w której nie gonią mnie żadne terminy i która hipnotyzuje miarowym szumem nie pozwalając zbyt natarczywym myślom kłóć mojej głowy. Dziś wszystkiego miałem pod dostatkiem. Nawet piskliwe nawoływania mew nie były w stanie mnie zirytować, zresztą mewy chyba nigdy nie irytowały, były naturalną częścią tego wizualno-werbalnego krajobrazu.
Wsparty na łokciach, niczym słonecznik miarowo obracałem twarz do słońca myśląc, że fajnie byłoby złapać delikatne piegi pod jego wpływem.

